Jesteś tutaj

"40 lat minęło…" rozmowa z Leszkiem Kucharukiem

  • "40 lat minęło…" rozmowa z Leszkiem Kucharukiem
    Fot. Filharmonia Zielonogórska

Leszek Kucharuk – muzyk, wieloletni koncertmistrz Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Zielonogórskiej. W tym roku obchodził jubileusz 40-lecia pracy artystycznej. Koncert 23 września był ostatnim, który zagrał dla zielonogórskiej publiczności.

Jak wspomina lata spędzone z Orkiestrą, czego żałuje, czym się wzrusza? O tym w rozmowie…

Byłem już po maturze (liceum 4- letnie), pozostała mi jeszcze do skończenia ostatnia – piąta klasa zielonogórskiej średniej szkoły muzycznej. Mój ówczesny profesor (a także koncertmistrz orkiestry) Stanisław Hajzer powiedział wówczas: "Co będziesz siedział w domu, przyjdź do orkiestry. Pograsz trochę, podszkolisz się, zarobisz.." Przystałem na Jego propozycję i podjąłem pracę w naszej orkiestrze. Dyrygował wtedy Kazimierz Morski. I tak to się zaczęło…

Sylwia Nowicka: Wobec tego przenieśmy się w czasie … Jest 1 września 1976 roku – dzieci idą do szkoły…a Pan rozpoczyna swój pierwszy dzień pracy w Filharmonii Zielonogórskiej…

Pamiętam, że byłem mocno zestresowany. Mój starszy kolega, który zaczął grać w orkiestrze rok wcześniej (Edmund Fediuk) straszył mnie, że Kazimierz Morski (wtedy dyrygent i dyrektor) lubi pytać pulpitami i sprawdzać przygotowanie muzyków. Godzinę przed próbą już siedziałem przy pulpicie i rozczytywałem symfonię (IX symfonia A. Brucknera – to pamietam). Grałem wtedy w II skrzypcach, siedziałem na samym końcu, jak to się wtedy mówiło „za słupem“ w starej sali- teraz to jest „sala kameralna“. Panował wtedy dziwny zwyczaj „testowania“ nowo przyjętych młodych ludzi do pracy. Polegał on na tym, że sadzało się na pierwszej próbie młodego „delikwenta“ w pierwszym pulpicie. Nie byłem nastawiony na taki "eksperyment". Myślałem, że spokojnie wejdę w pracę w orkiestrze, powoli będę zdobywał doświadczenie, a tu takie pomysły…

Rozumiem, że trema była ogromna

Oj była, była…Proszę to sobie wyobrazić: pierwsza praca, uczeń średniej szkoły muzycznej (nie absolwent po studiach), bardzo trudny program – a oni sobie robią uciechę patrząc, jak młody chłopak „pływa“ i niewiele rozumie…Brr…- okropieństwo. Wspomniany wcześniej „eksperyment“ z pierwszej próby spowodował we mnie uraz. Miałem wrażenie, że wszyscy mnie srogo osądzają, że moje miejsce jest gdzieś tam…, hen…

Ale odnalazł się Pan w orkiestrze dosyć szybko…

No cóż…malutkie doświadczenie orkiestrowe już miałem, bo wszyscy uczniowie średniej szkoły muzycznej grali w orkiestrze szkolnej i polsko- niemieckiej orkiestrze młodzieżowej. Odbywaliśmy koncerty, mieliśmy wyjazdy, obozy muzyczne ( w Niemczech- wtedy w komunistycznej części: Niemieckiej Republice Demokratycznej). Dyrygował wówczas tą orkiestrą nauczyciel naszej szkoły- Mieczysław Tomaszewicz, a po stronie niemieckiej Pan Reinecker. Jeszcze kilka lat temu spotkałem go – pamiętał mnie. Nie wiem, czy teraz jeszcze żyje. Tamte szkolne wyjazdy pamiętam dobrze, bo obejmowały cały mój okres dorastania, poznawania życia i przechodzenia przez średnią szkołę. Jednak wciąż byłem "świeży i nieopierzony". Na wszystko spoglądałem ogromnymi oczami, czułem że strasznie dużo mi brakuje do tych wszystkich "wielkich" muzyków i że moja muzyczna droga dopiero się zaczyna.

Jak funkcjonowała orkiestra i w ogóle instytucja za czasów Kazimierza Morskiego ?

To był "wielki artysta" (pianista, dyrygent, dyrektor). Jego ambicją było granie ( jako solista) wielkich koncertów fortepianowych i jednoczesne dyrygowanie orkiestrą. Miał jakieś kontakty z zachodem i kiedyś po tygodniu, dwóch swojego pobytu we Włoszech i graniu tam koncertów, wrócił do Zielonej Góry pięknym czerwonym samochodem "Austin- allegro"- na tamte czasy to był kosmos. Z drugiej strony nie był on zbyt lubiany, traktowano go trochę jako "ciemiężyciela", który bardziej oddany był swojej sprawie niż zespołowi. Oprócz tego praca była rutynowa: od poniedziałku próby, w czwartek koncert szkolny lub wyjazd z koncertem do Gorzowa (program był taki, jak nazajutrz u nas na koncercie wieczorowym), w piątek koncert wieczorowy i tak w kółko. Obowiązkowo w przerwach prób wszyscy biegli do kawiarni (obecnie "galeria") na kawkę lub herbatkę. Pani Bożenka czekała już z gorącymi czajnikami i polewała. Były też "przydziałowe" herbatki ziołowe ( za darmo). W kolejce obowiązywała hierarchia: na początku S. Hajzer lub A. Tułasiewicz, potem jakaś reszta. Jeśli np. Stasiu Hajzer spóźnił się, to i tak wchodził przed kolejkę i dostawał, co Mu się należało. Jakieś "furczenie" z tyłu było, ale to raczej żartem, na zasadzie przekomarzania.

Po roku przeniósł się Pan do Poznania i … wsiąkł w muzyczny świat…

Tak. Zdałem do Poznańskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej (obecnie Akademia Muzyczna), więc siłą rzeczy musiałem rozstać się na jakiś czas z Filharmonią Zielonogórską. Na trzecim roku studiów zacząłem pracować w Filharmonii Poznańskiej (znalazł mnie w akademiku skrzypek, który wybierał się na kontrakt za granicę, ale dyr. W. Rajski powiedział, że udzieli mu urlopu bezpłatnego na wyjazd, gdy "podstawi" za siebie jakiegoś innego skrzypka). Marzeniem tego skrzypka było posiadanie białego „mercedesa“. Po roku przyjechał dokładnie takim jak sobie wymarzył do Poznania w odwiedziny. Nigdy potem już nie wrócił do Polski. Mój docent od skrzypiec (Z. Słowik- również koncertmistrz Filharmonii Poznańskiej) nie mógł przeboleć: "Taki słaby muzyk, a proszę, jak się "zaczepił", jak mu się powodzi…" Po studiach byłem także nauczycielem gry na skrzypcach w Liceum Muzycznym na ul. Solnej. Grałem również w Orkiestrze Radia i Telewizji Zbigniewa Górnego.

I jak Pan wspomina pracę z Górnym? Repertuar rozrywkowy, to nie był chyba szczyt marzeń młodego skrzypka?

Właśnie że był. Niełatwo było dostać się "do Górnego". Liczyły się umiejętności zawodowe i cechy towarzyskie. Widocznie przez kilka lat pracy w Filharmonii Poznańskiej dałem się poznać jako odpowiedni skrzypek i kolega- towarzysz. Starszy ode mnie znakomity skrzypek Stasiu Suchoń (też pochodzący z Zielonej Góry) po jakimś czasie spytał, czy nie chciałbym grać u Górnego. Bardzo się ucieszyłem i poczułem się niesamowicie nobilitowany tak zaszczytnym wyróżnieniem. Praca w "radiówce" była naprawdę fajna. Co jakiś czas byliśmy "wołani", przychodziliśmy do studia i nagrywaliśmy "ślady". Kręciło się tam wielu "artystów", których podziwiałem i do których powoli przybliżałem się. Złote lata miał wtedy tam Jurek Karwowski, nagrywaliśmy z Łobaszewską i innymi. Co jakiś czas przyjeżdżał nagrywać z Zielonej Góry nasz kompozytor i redaktor Radia "Zachód" Eugeniusz Banachowicz. Jego przyjazdy wspominam bardzo sympatycznie. Był on w Poznaniu bardzo chwalony za staranne i dopracowane aranże. Były również wyjazdy na koncerty telewizyjne. Raz pamiętam, w grudniu 1982 pojechaliśmy na koncert do Berlina Zachodniego. W programie miała być muzyka świąteczna i kolędy. Oprócz "radiówki" śpiewał z nami Chór Stefana Stuligrosza. Była to wielka impreza z ogromnym budżetem. Poska przeżywała wtedy swój niełatwy czas, była „przeciągana“ na stronę zachodu, panował jeszcze u nas stan wojenny. Mieszkaliśmy tam w luksusowym hotelu a sceneria przedświątecznego Berlina Zachodniego w porównaniu z mroczną, siermiężną wtedy Polską była powalająca. Za dwa, trzy dni spędzone wtedy w Berlinie przywiozłem cudowny magnetofon Philips (u nas wtedy niedostępny), mnóstwo dobrych, chromowych kaset, odzież, bieliznę, inne prezenty i dużo pomarańczy (!). Powitano mnie w Poznaniu i Zielonej Górze jak gościa z kosmosu. Takie to były czasy…

Wróćmy do Zielonej Góry – to miasto wciąż Pana kusiło?

I to bardzo… Za namową ówczesnego inspektora orkiestry Filharmonii Zielonogórskiej Jerzego Tkocza "wpadałem" czasem do Zielonej Góry, aby zasilić grupę I skrzypiec w jakichś większych koncertach symfonicznych. Poza tym Jurek miał ze mną "gorącą linię" i coraz częściej do mnie wydzwaniał. Po jego namowach, (jak również Stanisława Hajzera, który mówił mi przy spotkaniach: „co tam będziesz siedział w Poznaniu, wróć do nas, będziesz miał dobrze“ postanowiłem powrócić do Zielonej Góry. W sumie przeważyła sprawa mieszkania. Miałem dwie książeczki mieszkaniowe- w Poznaniu i Zielonej Górze (tak się wtedy „dostawało“ mieszkanie- trzeba było przez wiele lat regularnie wpłacać pieniądze na taką książeczkę i już po 20- 30 latach dostawało się przydział na mieszkanie). Była szansa, że w Zielonej Górze to czekanie będzie krótsze ( i tak się stało). Zabrałem żonę (poznaniankę) i od września 1984 roku rozpocząłem pracę jako skrzypek w naszej orkiestrze. Dyrygował wtedy Szymon Kawalla, a od 1986 roku przybył Czesław Grabowski. Od 1992 roku zacząłem pełnić funkcję koncertmistrza orkiestry naszej Filharmonii. Trwało to 16 lat.

Co się zmieniało na przestrzeni tych 16 lat w funkcjonowaniu instytucji ? Jak zmieniała się publiczność? Czy zawsze były "pełne" sale, a może zdarzało się Panu ( i orkiestrze) grać do pustych foteli ?

Niestety polityka repertuarowa Szymona Kawalli nie zachęcała publiczności do chodzenia na koncerty. Mnóstwo było muzyki współczesnej ( i to niestety nie tej najlepszej). Co chwila wykonywaliśmy jakieś "premiery światowe" dziwnych utworów. Obstawialiśmy zakłady: kogo będzie więcej- nas czy publiki ? Nierzadko liczba członków orkiestry była dwukrotnie większa, niż liczba publiczności. Dyrektor Czesław Grabowski po objęciu przez siebie kierownictwa naszej Filharmonii miał życiowe zadanie odbudowania zaufania publiczności do tej instytucji. Nie było to łatwe, ale powoli zaczął osiągać sukcesy i po jakimś czasie – i również obecnie- widać, że to udało mu się w pełni.

Uczy Pan nadal w szkole muzycznej, jakim jest Pan pedagogiem – srogim i wymagającym?

Kiedyś byłem może i srogi. Wymagający byłem i jestem nadal (ale bez przesady). Jedna z moich młodszych koleżanek w szkole przygryza mi, że "niestety złagodniałem". Z oceną z tzw. perspektywy czasu nie jest łatwo. Wiadomo, że my w latach młodości też mieliśmy naukę w dwóch równoległych szkołach, było to spore obciążenie. Musieliśmy ponadto również ćwiczyć na instrumencie. Jednak obecnie wszyscy zauważamy, że młodzież jest pod dużą presją wymagań naszych czasów. Panuje kult pieniądza i sukcesu za wszelką cenę. Młodzi ludzie są bardzo przeciążeni lekcjami, dodatkowymi zajęciami, fakultetami, nauką języków, itp… W czasach mojej młodości chyba jednak było nieco lepiej. Teraz wszyscy znamy określenie "wyścig szczurów": walka o dobrą szkołę, potem dobre studia i dobrą pracę, a potem dobre życie. Za czasów mojej młodości (tzn. w latach osiemdziesiątych) problem pracy właściwie nie istniał- praca była wszędzie (inna sprawa- jaka i za ile). Z drugiej strony Zielona Góra ma niestety pecha w kwestii posiadania Liceum Muzycznego. Wiele miast takowe posiada- nauka odbywa się wtedy w jednym budynku, inaczej ułożony jest program nauczania. Uczniowie mają dobre warunki do nauki, a nauczyciele do pracy. O budowaniu nowej szkoły muzycznej mówiło się, gdy ja miałem 15 lat- czyli w latach siedemdziesiątych. Pewna część zielonogórskiej zdolnej młodzieży, która stawia na przyszłość muzyczną, systematycznie odchodzi od nas do innych ośrodków, gdzie są właśnie licea muzyczne.

Oprócz działalności pedagogicznej , bardzo aktywnie działa również Pana Agencja Artystyczna "Zachód"…

Na pomysł założenia Agencji wpadłem w 2004 roku. Pomyślałem, że jest tu tak dużo muzyków, że w razie zapotrzebowania można chętnemu "kontrahentowi" zaproponować różne style i zespoły muzyczne: klasyczne i rozrywkowe . Ale kiedyś naprawdę było więcej “grania“ niż obecnie. Zmienił się sposób "fetowania" różnych zdarzeń, mniej wydaje się pieniędzy na oprawę muzyczną imprez.

Powróćmy do Pana życiowej podróży z Filharmonią Zielonogórską, oficjalnie zakończonej koncertem 23 września. Jakie emocje towarzyszyły temu wydarzeniu? Nostalgia, żal a może ulga?

Tak, było to wszystko o czym Pani mówi… Nostalgia i żal wiadomo, skąd się wzięły (w tym roku minęło 40 lat mojej pracy zawodowej czyli większa część życia), a ulga, no cóż… Nikt mnie nie zmuszał do zakończenie pracy w Filharmonii, sam podjąłem taką decyzję. Zbliżając się do daty rozstania, narastało we mnie poczucie dopełnienia i świadomość osiągania wyznaczonego celu. Na koncercie 23 września ( w II części), gdy już nie grałem tylko byłem słuchaczem (a muzykowi- skrzypkowi zdarza się to bardzo rzadko) dostałem podziękowania za kilkadziesiąt lat pracy w naszej orkiestrze, dużo kwiatów oraz piękny model fregaty (jestem żeglarzem). Było także coś dużego szklanego "na otarcie łez", jak mi się zrobi smutno i ciepła bluza z kapturem. Na przedzie tej bluzy są scenki (fotki) z życia orkiestrowego, a z tyłu widnieje duży napis "kapitan". O koncepcję tych fotek i pomysł bluzy podejrzewam Edka Piniutę i Adama Gołemberskiego- efekt był bardzo miły i rozczulający.

Rozdział "Filharmonia Zielonogórska" uważa Pan za zamknięty?

Tak…Spędziłem w naszej orkiestrze prawie całe swoje zawodowe życie i mam mnóstwo wspomnień z nią związanych. Próby, koncerty, wyjazdy artystyczne i inne okoliczności związane z życiem w orkiestrze pozostaną na zawsze w mojej pamięci i będą mi często podsuwać różne obrazy i skojarzenia.

Źródło: Sylwia Nowicka / Filharmonia Zielonogórska